naglowek

 

2019-09-23     Bogusława, Liwiusza, Tekli    
Strona główna -> Opowiadania -poczytać warto -> Dawne Łowy - opowiadanie

 
krótkie opowiadanie, jest w nim rzecz i o symbolu naszym jak i czasach gdy łowiectwo w wielkiej chwale było.
 
 
 
 
 
Dawne Łowy 

  

 Ognisko strzeliło iskrami, aż Krystek odskoczył w kąt izby. Rzucił na klepisko jałowcowy pręt, który giął nad płomieniem.

-O, Lelum diabeł kichnął! -wrzasnął przestraszony i raz po raz zaczął się żegnać.

-Głupi!  -rozległ się gruby głos z ławy pod ścianą.

- Sęk tabaczny wypaliło. 

    Mężczyzna wstał, przeciągnął się podszedł na środek izby. Był to niski starzec, przysadzisty i szeroki w ramionach, siwą czuprynę obciętą miał równo nad czołem. Od ogniska buchał żar. Staruch zdjął barani kożuch i rzucił na ławę. Został w zgrzebnej koszuli przepasanej szerokim rzemieniem.

-Chybaj Krystek! Krup by trzeba nawarzyć! Głodnym!
 
  O tej godzinie we wszystkich puszczańskich chatach dokoła czerskiego grodu nikt jeszcze nie spał. Niezwykłe było to wezwanie księcia: raz, że to przecież ku wiośnie szło, a po wtóre, że tyla leśnego luda stawić się musiało na zamku. Książe wyszedł do nich na podwórze, a grzmiał, rozkazywał, obiaśniał. Słońce przechyliło się już na zachód, jak ruszyli do swoich domów.
   Prysnęła woda z kociołka, buchnął kłąb pary.
 
- Dziadu ! a po co was książę na zamek wołał?
Stary przysunął ławę, siadł na niej, przemokłe nogi oparł na polanie przy ogniu.
 
- Łowy będą.
 
Krystek wytrzeszczył oczy.
 
-Łowy? Książe będzie polował?
 
Stary Krzych potrząsnął głową.
 
- Nie. Książę w pole rusza - do Króla. Król Władysław wojnę Krzyżakom wydał. Ma wielkie wojsko. Mięsa potrzeba - dzików, jeleni, turów. Wszyscy będziemy łowić - nawet bartnicy i smolarze do pomocy idą. Chłopakowi zabłysły oczy.
 
- Dziadu! To i ja się przydam!
 
    Krzych spojrzał na wnuka uważnie. Chłopiec skończył już czternaście lat, silny był, dobry łuk naciągnąć potrafil, a już przemyślnością w szykowaniu rozmaitych paści, sideł i pułpekniejednego dorosłego przewyższał. Na łowy też chodził nie raz. Dziad uśmiechnął się.
 
- A dasz radę? Bo to z grubym zwierzem będzie sprawa. Nie z żadnym zającem albo sarną.
 
- Co mam nie dać? Albo to jelenia przed Godami nie ustrzeliłem? A kto dzika na zrębie chwycił?
  
   Stary kiwnął głową -udał mu się wnuk. Nie mogło być inaczej. Ojciec Krystka -zanim go niedźwiedzica przy gawrze rodarła -też  był myśliwym zawołanym. Książe go swoim  osacznikiem naznaczył. Ano, przepadło. A i matki szkoda. Zmarło się jej. Sami zostali w chacie.
   Stary westchnął, ale że do frasunku nie był przywykły, zaczął zaraz rozmyślać, jak to jutro poprowadzi swoją łowiecką drużynę.
 
-Krystek -rzucił wnukowi, który w parującym kociołku mieszał krupy. 
 
-Trza będzie jeszcze dziś parkan z kleci wyciągnąć a przewinąć. Jutro przyjdą Dobek i Kosma -na tura go zawiesimy. Wiem ja taki przesmyk, gdzie on musi przechodzić.....
 
     Łowy trwały już od tygodnia. Od świtu do nocy na zamkowe podwórze zjeżdżały podwody z ubitą zwierzyną. Były tam jelenie i dziki, łosie o szerokich łopatach, trafiał się niedźwiedź i tur. Komornik księcia karbował na kiju, co kto przywozi, pokrzykiwał na pachołków i dziewki by się prędzej zwijali. Zaraz też łupiono dziczyznę ze skóry, ćwiartowano i nasoliwszy pakowano do beczek. Miały one wodą popłynąć aż do królewskiego obozu.
  Dnie były słoneczne, lecz chłodne, a na noc ściskały przymrozki. Wieczorami ciągnęły nad puszczą klucze dzikich gęsi, żurawi i kaczek, ale kto by tam teraz na taki pierzasty drobiazg spoglądał. Łowcy zajęci byli większą zdobyczą.
  Drużyna łowiecka Krzycha odwiozła już dziesięć jeleni, cztery dziki, ogromnego łosia i niedźwiedzia, który wpadł do wilczego dołu. Komornik pochwalił, zakarbował to wszystko, ale na koniec dorzucł:
 
-Wy Krzychu, najlepszy myśliwy księcia, a jeszcze tura nie złowiliście? Turów potrzeba! Król wielką wojnę prowadzi, a rycerze jeść muszą! A taki Tur to za dziesięć jelenistoi!
 
   Dziad podrapał się w głowę i wrócił markotny do puszczy. Nie mogli ułowić tura. Na przesmykach zwierzyny, gdzie przedtem Krzych tury widywał było teraz pusto. Wielka sieć -parkan, rozwieszona chytrze na grubym dębie, daremnie czekała. Widocznie hałasy w puszczy przepłoszyły te powolne ale ostrożne zwierzęta. Wyniosły się gdzie indziej.
 
-Trza łapać wróble, jak nie ma gołębi -powiedział dziad, kiedy radzili nad dalszymi łowami.  -Ty sam, Krystek zostaniesz pod dębem. Pilnuj! Podejdzie -zrzuć mu sieć na łeb i hukaj. Zdążymy przylecieć -będzie nasz. A wyplącze się -no, to trudno.
 
     I ruszył z towarzyszami na jelenie pastwiska.
Turzy przesmyk był niedaleko chaty. Krystek prędko doszedł do niego. Markotno mu było, bo to i nudno siedzieć i wcale się tura nie spodziewał. Ale, że cierpliwość myśliwską miał we krwi, więc też owinowszy się w korzuszek przycupnął w korzeniach drzewa. W ręku trzymał łuk przez siebie zrobiony, którego nigdy nie zostrawiał w domu, obok dyndała lina zwisająca od sieci. Jak ją szarpnąć, grube sploty runą na zwierzę. Oby tylko podeszło.
   Jeszcze tego nie domyślał do końca, kiedy z gąszczu przed nim wysunął się rogaty łeb.Tur stanął o trzydzieści kroków, łypiąc oczami na boki i ciągnąc powietrze jak miech. Krystek znieruchomiał. Wiatr szedł na niego, zwierz go nie mógł poczuć.
    Ukazał się potężny kark, potem cały korpus.
"O Lelum, ale tu mięsa dla wojska! -pomyślał chłopak patrząc na zwaliste barki, potężne uda i szeroki zad zwierzęcia -Chodź tu bliżej, bliżej, no, jeszcze trochę!"
   Tur posunął się parę łokci i stanął. Zakołysał łbem nad ziemią i wpadł w zadumę/ Krystek zaczął drżeć z przejęcia.
  Mijały minuty, a tur stał jak wykuty z brązu. Ani drgnął.
Wreszczcie, jakby już przemyślał wszystko, cofnął się o krok w tył. Chłopak zdrętywał. Odejdzie, ani chybi  -odejdzie. Coś poczuł. Jak go tu zatrzymać? Nic nie poradzi. Co  tu zrobić? A może...
  Wyskoczył  spod korzeni, naciągnął łuk. Zwierzę podniosło łeb do góry. Świstnęła strzała, trafiła tura w mordę, poniżej oka. Chrapnął potrząsnął łbem.
  Jakże śmiesznie wyglądał ten cienki patyczek, dyndający przy ogromnym cielsku. Tysiąc takich pocisków mógłby wypóścić i też by mu nic nie zrobił. Ale Krystkowi o co innego chodziło.
  Druga strzała trafiła w chrapy. Tur ryknął strasznie i zatupał racicami, aż jęknęła ziemia. Krótki ogon zaczął omiatać boki, łeb zniżył się jak do ataku. Następna strzała utkwiała w uchu.
  Teraz już cały las zatrząsł się od wściekłego  ryku rozjuszonego zwierzęcia. Tur wygiął grzbiet, spod racic trysnęły w górę pecyny czarnej ziemi -skoczył.
  Krystek dał susa w bok -szarpnął za linę. Ciężka sieć spadła na rogi rozpędzonego potwora.
  Zwierzę przewaliło się przez łeb. jęk ziemi. trzask łamiących się krzaków, drzewek, przerażony ryk -zmieszały się w jeden okrutny chałas, grzmiący w puszczy jak odgłosy bitwy. Tur przewalił się raz i drugi -miał już zaplątany łeb i przednie nogi. Tylnymi wierzgał jeszcze w powietrzu, usiłując dosięgnąć przerażających więzów. Wreszcie dosięgnął i zaplątał jedną tylną nogę, potem drugą. Jeszcze przez chwilę szarpał się potężnie, porykiwał  i pochrapywał, aż zmordowany -znieruchomiał. Jak spod ziemi huczał oddech, wyrywający się z rozwartej, ciężko dyszącej gęby.
    Gdzieś niedaleko rozległy się pokrzykiwania:
 
-Bywaj, Krystek, bywaj!
 
  Zwabiony hałasem nadbiegł dziad Krzych ze swą myśliwską drużyną.

 (Jan Edward Kucharski "Głos  Przyrody")

 
Odwiedzin :

Kreator IAP - (C)opyright by Interaktywna Polska