naglowek

 

2019-06-26     Jana, Pauliny, Rudolfiny    
Strona główna -> Opowiadania -poczytać warto -> Zając - bez buraczków.

Opowiadanie o zającu Jana Żabińskiego.

   Zaczerpnięty fragment książki " Z życia zwierząt". Pochodzi z czasów pionierskich w hodowli naszego szaraka (rok 1964). Stąd niektóre fakty, dawniej odkrywcze, dziś dla Kolegów zwłasza z OHZ są oczywiste.
 

… Głównym celem mojej opowieści jest podważenie powszechnego mniemania, że jeśli jakieś zwierzę jest bardzo pospolite i napatacza się często na oczy, to już na pewno życie jego i obyczaje są doskonale znane.

   Nasz zając może być znakomitym tego przykładem. Liczne tomy, zapisane na jego temat, wychodzą przede wszystkim spod piór myśliwych, którzy świetnie wiedzą, jak zająca wytropić, jakim śrutem należy do niego strzelać; pięknie i barwnie opisują, jak przemyślnie i zręcznie wywija się on przed pogonią chartów.  W książkach kucharskich znajdujemy sto sposobów przyrządzania pieczystego i pasztetu z zająca. Jednak o tym... jakie są jego zwyczaje, jak wychowuje młode, czym tak naprawdę się żywi -wiemy bardzo mało. Bo to co do znudzenia bywa ciągle powtarzane i co każdy z czytelników na pewno by mi podsunął -mianowicie, że zając jest tchórzem i żywi się kapustą -tym, którzy chcieliby się chwileczkę zastanowić, choćby nad tą ostatnią sprawą, chyba nie wystarczy. Przecież kapusta znajduje się na polu tylko przez niewielką część roku. Jeśliby więc ona miała być wyłącznym pożywieniem zająca, to czyżby biedak od listopada do czerwca głodował?

    A skoro tak nie jest, to w takim razie skończmy już z oklepanymi i niepoważnymi uproszczeniami, które utrwalają w nas błędne mniemanie, że zwierzęta kręgowe żywią się wyłącznie jakimś jednym pokarmem.

Dlaczego zając jest w rzeczywistości gatunkiem bardzo mało zbadanym -zaraz wytłumaczę.

   Po prostu z tego powodu, że nie daje się hodować w niewoli. Obawiam się, że wielu czytelników przyjmie tę wiadomość z niedowierzaniem. Jak to -przecież tylokrotnie się słyszało, że ten i ów chował sobie zajączka! Czasami na wsi zdarzało się, iż nawet rok lub dwa trzymano go w skrzynce pod łóżkiem z zupełnym powodzeniem.

    Nie przeczę, tylko że to wszystko nie jest hodowla .

   Przyrodnik dopiero wtedy ma prawo uznać, iż jakieś zwierzę hoduje się w niewoli, kiedy wie, jakie warunki należy stworzyć, żeby para danego gatunku wydała na świat potomstwo, żeby potomstwo to zostało zdrowo i normalnie wychowane, żeby w dalszym ciągu można było od niego otrzymywać nowy przychówek. Tymczasem właśnie z zającem rzecz się przedstawia w ten sposób, że aż do ostatnich czasów nikomu nigdy zająca w niewoli rozmnożyć się nie udało. I stąd właśnie wiadomości o jego obyczajach, zachowaniu i psychice są niezupełnie pewne, upiększane mnóstwem myśliwskich opowieści, nie popartymi stałymi obserwacjami.

    Dopiero w ciągu ostatnich lat w ogrodzie zoologicznym w Bazylei, po licznych próbach i doświadczeniach, udało się uzyskać aż trzy kolejne pokolenia zajęcy. Okazała się przy tym rzecz pozornie dziwna -że gatunek ten w niewoli wymaga przede wszystkim niezmiernej czystości i że jedną z przyczyn dotychczasowych niepowodzeń w hodowli było właśnie to, że niezwykle łatwo zapada na najrozmaitsze choroby zakaźne. Następnie, chociaż zając nie potrzebuje dużej klatki, trzeba mu w niej jednak zawsze stworzyć miejsce zaciszne, gdzie mógłby się czuć zupełnie bezpieczny i zasłonięty nawet przed wzrokiem ludzkim, gdyż nie tyle sama obecność blisko stojącego człowieka, ile, prawdopodobnie, przede wszystkim jego uporczywy wzrok silnie podnieca i denerwuje zwierzę, co później odbija się na apetycie, trawieniu i innych funkcjach organizmu, a wszystko razem w konsekwencji po kilku tygodniach czy miesiącach powoduje śmierć. Tak właśnie zwykle kończyły chowane przez nas zające.

     Po tym wstępie przejdę do opowiadania i dwóch maleńkich zajączkach, które pewnego razu dostałem dla Zoo. Wówczas Ogród był w stadium organizacji, toteż z konieczności musiały się one chować u mnie w mieszkaniu. Mimo że były dobrze wyfutrzone i już wielkością dorównywały pięści dorosłego człowieka, przypuszczam, iż nie miały więcej niż dwa do trzech dni życia.

     Tym, którzy hodowali króliki (a zazwyczaj, opierając się na podobieństwie zająca z królikiem, mnóstwo cech króliczych przypisują zającowi), to, co powiedziałem przed chwilą wyda się nieprawdopodobne . Toż króliki przychodzą na świat ślepe, nagie i bezradne i matka przez cztery do sześciu tygodni przesiaduje nad nimi w ciepło usłanym gnieździe, karmiąc je i wylizując, a dopiero po tym czasie małe stają się na tyle samodzielne, że zaczynają wychodzić z gniazda i próbują odżywiać się same.

    U zajęcy rzecz wygląda zupełnie inaczej. Młode rodzą się z otwartymi oczyma, w pełnym futrze i bodaj że już od pierwszego dnia prócz mleka matki, z którego korzystają w niewielkim stopniu, zabierają się do skubania listków, trawek i chwastów. Matka zresztą zajmuje się ni,i bardzo mało. Niemal natychmiast po urodzeniu pozostawia je własnemu losowi i nawet jeśli nie jest zajęta szukaniem pożywienia, nigdy nie układa się w ich pobliżu. Każdy zaś z malców przywaruje w najbliższym dołku czy wgłębieniu i siedzi tak nieruchomo, że już nie tylko ludzki, ale nawet jastrzębi wzrok rzadko kiedy zdoła go wyśledzić. Z początkiem nocy matka -zajączyca wraca na miejsce, gdzie pozostawiła swoją gromadkę; wtedy każdy z malców na wyścigi pędzi do niej, ażeby kilkoma mocnymi pociągnięciami pyszczka wyssać ile się da pokarmu. Pośpiech jest konieczny, bo maleńkie zajączki mają zbyt wielu wrogów, żeby móc poświęcić czas dłuższy na rozkoszowanie się ucztą u „piersi” matczynej. Zresztą, choćby nawet nie było w okolicy czyhającego niebezpieczeństwa, matka na to nie pozwoli. Po kilku minutach strząsa małe i znów odbiega w swoich własnych sprawach -bo trzeba wiedzieć, że zając jest zwierzęciem nocnym i w tym czasie właśnie szuka sobie pokarmu i długo żeruje.

    Jak się wydaje, głównym źródłem jego pożywienia jest kora młodych pędów, chwasty, przysłowiowa zaś kapusta i sałata są co najwyżej sezonowym uzupełnieniem jadłospisu. Jak długo trwa ta znikoma zresztą opieka matki nad małymi -dokładnie nie wiadomo. Zapewne jest to w dużym stopniu uzależnione od przeróżnych okoliczności oraz niebezpieczeństw, jakie spotkać mogą w ciągu dnia ją samą lub jej potomstwo. Prawdopodobnie jednak okres ten nie przekracza dwóch tygodni. Czternastodniowy zajączek bowiem już nie tylko samym przycupnięciem, ale szybkim biegiem może ratować się w przypadku grożącego niebezpieczeństwa. A jeśli zajdzie taka konieczność i maleńkie zajączki spłoszone rozbiegną się na wszystkie strony, to trudno przecież przypuścić, aby istniała jakaś możliwość połączenia rodziny.

   Jako dowód, że nie można ostatecznie przesądzać cech i zwyczajów danego gatunku na podstawie jednej chowanej u siebie sztuki i jak dalece pod tym względem na nasze poglądy może wpływać indywidualny charakter zwierzęcia -niech posłużą obserwacje nad moimi dwoma zajączkami.

   Obydwa chowane były zupełnie jednakowo. Niemniej tylko jeden z nich okazał się przysłowiowym tchórzem. Przy każdej próbie zbliżenia się doń, mimo że już od roku przebywał wśród ludzi, rzucał się do szaleńczej ucieczki, miotał się w kompletnej panice, obijał się o ściany pokoju tak, że stale zachodziła obawa, by sobie przy tym nie połamał nóg lub nie przetrącił kręgosłupa.

     Drugi natomiast , imieniem Ambroży, wręcz przeciwnie -zachowywał się niemal jak domowy kot. Bawił się w pokoju, wskakiwał na tapczan, nie unikał ludzi, potrafił wraz z gośćmi zasiąść do poczęstunki i bardzo skwapliwie spożywać na krawędzi stołu ofiarowane ciasteczka. Do osób obcych zbliżał się bez niechęci, swoiście „całując się” z nimi, to jest obwąchując im nos i lekko liżąc wargi, co było z jego strony jakby dowodem zaufania i uznania. Miał on jednak i swoje antypatie, ale od takich ludzi nie uciekał, tylko energicznie bił przednimi łapami lub też niekiedy próbował na nich swych mocnych przednich zębów.

    A przede wszystkim Ambroży lubił dźwięki radia; stawał wówczas przed głośnikiem, nastawiał uszy i długo słuchał zwłaszcza delektując się muzyką. (…)

    Leporello -zając hodowany w mieszkaniu warszawskim u pewnych moich znajomych . Wobec niesłychanie starannie froterowanych posadzek, Leporello nie lubił przebywać na podłodze, gdyż ślizgał się na niej fatalnie i jako miejsce stałego pobytu, niejako swój rewir, okupywał niezwykle szeroki tapczan, z którego czasem mógł się przenosić bezpośrednio na inne meble. Transponując to w pewnym stopniu na stosunki ludzkie, prosiłbym abyście wyobrazili sobie człowieka na bagnie, który poruszając się, próbuje nie brodzić po błocie, lecz przeskakiwać z jednej suchszej kępy na drugą.

    Chodzi jednak o to, że Leporello wcale nie wykazywał tej przysłowiowej zajęczej tchórzliwości. Prawdopodobnie odgrywało tu rolę zawężenie terenu -trudno stosować ucieczkę, jeśli się nie ma perspektywy otwartej przestrzeni. Toteż ten zając tolerował na swym tapczanie tylko opiekującą się nim panią domu. Już do jej męża odnosił się nieco nieufnie, natomiast każdy obcy, nawet codziennie widywana sprzątaczka, był przez „tchórzliwego” zająca ostro atakowany uderzeniem przednich łap i dosłownie „przepędzany”.

   Jak widać więc, przysłowiowa tchórzliwość szaraka wcale nie jest jedyną jego możliwością ratowania życia, lecz stosowane bywają różne „systemy”, zależnie od okoliczności.

   Myślę, że niejednemu z czytelników uda się wobec pospolitości zająca poczynić jeszcze sporo obserwacji na temat jego życia, oczywiście jeśli zada sobie trud podjęcia hodowli tego interesującego zwierzęcia.
 

Jan Żabiński

  
 

Odwiedzin :

Kreator IAP - (C)opyright by Interaktywna Polska